Czyż i wy chcecie odejść? (J.6.68). Ile jest nas narawdę?

Obrazek użytkownika Zygmunt Zieliński
Kraj

Ks. Andrzej Filaber w czasie Mszy św. w warszawskiej katedrze powiedział m. in., odnosząc się do różnego rodzaju naprawiaczy Kościoła:

Niektórzy podkreślają, że czynią to w trosce o Kościół, który wymaga oczyszczenia. Tak. Ale dziwna troska tych, którzy sami nie utożsamiają się z Kościołem, ale tylko próbują kształtować jego fałszywy obraz. Kościół to także tysiące polskiej młodzieży na Światowych Dniach w Lizbonie modlących się razem z setkami tysięcy młodzieży z całego świata. To są cała rzesze uśmiechniętych, choć utrudzonych pielgrzymów wędrujących na Jasną Górę. To są ci przeżywający rekolekcje w drodze - wymieniał. - Oni chcą słuchać Kościoła głoszącego Słowo Boże, aby nim żyć. Nie mogę wyczytać nic o takim Kościele w mediach chętnych do jego uzdrawiania”

Nic dodać, nic ująć. Ale rozwinąć tę wypowiedź można by, a nawet trzeba, wskazując na zjawisko dziś coraz częstsze, a polegające na tym, że ludzie odchodzący od praktyk religijnych uzasadniają to zmianami jakie, ich zdaniem, zachodzą w Kościele, co według nich sprawia, że Kościół, dzisiejszy nie jest ten sam, co kiedyś. Tu wyróżnić trzeba osoby o bardzo nikłym uświadomieniu religijnym i znajomości Kościoła, które ulegają błędnym poglądom na temat Kościoła, nie zdając sobie sprawy z jego istoty. Kościół bowiem to Chrystus zbawiający przy pomocy ustanowionego przez siebie pośrednictwa. Nie chodzi tu o precyzyjną definicję eklezjologiczną, ale o istotę Kościoła, co dla przeciętnego katolika powinno być całkowicie zrozumiałe. Tak jednak nie jest. Inny rodzaj katolików de nomine, czyli jedynie ochrzczonych, to ludzie, którzy stosując krytykę Kościoła, nie wnikają w jej zasadność, używając tej krytyki jako parawanu dla swego lenistwa. Pozwala im ona bowiem porzucić praktyki religijne i zachować pozorny spokój sumienia. Wreszcie w ostatnich czasach namnożyło się katolików o religijności, nazwałbym ją telewizyjną. Msza św. przed telewizorem zaspakaja ich aspiracje religijne.

W Polsce nie zauważa się jeszcze gwałtownego odpływu ludzi od praktyk religijnych. Uderza jednak brak dzieci w kościele, a także młodzieży, choć tu pojawiają się bardzo aktywne grupy, co jest znacznie bardziej obiecującym zjawiskiem niż tłum zgromadzony na zasadzie owczego pędu, albo jakiejś chwilowej mody.

Kościół ma jednak problem z religijnością wiernych i apostazjami, może nie tyle formalnymi, ale na zasadzie: „taki Kościół to nie mój Kościół”. Wiadomo, że żadne to uzasadnienie, ale istnieje i trzeba to zauważyć. W latach mojej młodości mówiło się, że Polska jest katolicka w ponad 90 procentach. Czy tak było? Oczywiście, że nie, chociaż w parafiach wiejskich, małomiasteczkowych ten procent był wysoki w granicach 60-70, a nawet więcej. Nie wszyscy wiedzieli, że Pius XII zlecił Kongregacji Świętego Oficjum 1 lipca 1949 r. wydanie dekretu grożącego katolikom najsurowszą sankcją kościelną, czyli ekskomuniką latae sententiae, to znaczy nałożoną bez specjalnego orzeczenia, za przynależność do partii komunistycznej lub podejmowanie z nią współpracy oraz za czytanie i rozpowszechnianie propagandy komunistycznej.

Jak zaznaczono, większość katolików polskich albo dekretu nie znała, albo nie odnosiła go do siebie, nawet jeśli byli to członkowie PZPR, partii komunistycznej. Co więcej księża pod tym względem wiernych nie uświadamiali, bowiem ich przynależność do partii, to był problem bardzo złożony. Do partii wstępowano z rozmaitych względów. Najczęściej po to, by robić karierę. Ale tylko niewielu partyjnych uważało się za komunistów, dlatego nie odnosili oni do siebie dekretu Świętego Oficjum. On miał z pewnością znaczenie na Zachodzie, gdzie do partii komunistycznej wstępowali ideowi komuniści. W tzw. demokracjach ludowych było z tym różnie. Polska stanowiła tu zupełnie wyjątkowy obszar, gdzie komunizm nawet jako słowo był odbierany pejoratywnie, dlatego rzadko używano go w enuncjacjach publicznych operując pojęciem socjalizm.

Zatem dekret Świętego Oficjum nie mógł mieć wpływu na uczestnictwo w życiu kościelnym.

Zgoła inaczej rzecz się ma ze sprawą aborcji. Kanon 1398 orzeka: Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa. Czyli jest to ekskomunika następująca wskutek popełnienia czynu a nie orzeczenia. Zatem ekskomunika obejmuje jedynie wszystkie osoby mające udział w dokonaniu aborcji, a nie te, które w swym programie działania mają zapisane popieranie aborcji, zatem parlamentarzystów i polityków popierających aborcję. To samo dotyczy osoby dokonujące wyboru tychże. (ks. Stanisław Biały, Kary kościelne „cenzury” z kwestia obrony życia. Studia teologiczne białostockie, drohiczyńskie, łomżyńskie 22(2004)). Ponieważ w Platformie Obywatelskiej obowiązuje dyscyplina w sprawie głosowania za aborcją, wyborca głosujący na tę partię opowiada się za tym samym, i przez to trwa uporczywie w grzechu śmiertelnym, jakim jest zabójstwo. Podobnie ma się rzecz w przypadku konkubinariuszy w rozumieniu prawa kościelnego. Tu jednak kwalifikacja moralna czynu różni się zasadniczo. Chociaż i tu następuje wykluczenie z życia sakramentalnego. W przypadku konkubinatu jednak strony często po prostu nie mogą uregulować swej sytuacji, a chciałyby tego, natomiast w przypadku popierających aborcję jest to wolny wybór wykluczający jakiekolwiek usprawiedliwienie.

Zatem głosując na partię popierającą aborcję, praktycznie plasuje się człowiek poza Kościołem, gdyż z pełną świadomością popiera czyn będący jednym z najcięższych grzechów naruszający 5 przykazanie i zasadę sprawiedliwości obowiązującą nie tylko wobec człowieka, ale także, co dziś szczególnie się podkreśla, wobec zwierzęcia. Nadto czyn ten jest zagrożony ekskomuniką

Biorąc to wszystko pod uwagę, tzn. wliczając zdecydowanych ateistów, może nie aż tak licznych, jak i w naszym konkretnym przypadku 1/3 naszego społeczeństwa głosującego na PO, partię aborcyjną, a do tego ludzi z lenistwa nie praktykujących i analfabetów religijnych, na ile można liczyć faktycznych wiernych Kościoła katolickiego w Polsce? Z podawaniem konkretnych liczb, czy procentów należy zalecić ostrożność. Jeszcze większej jednak wymaga hurraoptymizm, gdyż jeśli aż tak liczebnie wielki jest Kościół w Polsce, to skąd bierze się tyle aborcjonistów, w dodatku mających w parlamencie swój program popierany aż przez tak wielu Polaków?

Na koniec pytanie: czy weryfikowanie zjawisk, należy tu także człowiek i jego wartości, oznacza kryzys? Czy nie jest to zastosowaniem właściwych kryteriów, by oddzielić „ziarno od plew? I czy nie jest słuszne przysłowie: „lepszy wróbel w garści niż gołąbek na dachu”? I na koniec, Chrystus powiedział: „jeśli kto chce pójść a mną…”. Jeśli chce!?

5
Twoja ocena: Brak Średnia: 5 (9 głosów)