Czy Rzeczy Wspólne są lewackie?

Obrazek użytkownika igorczajka
Kraj

Banałem już jest stwierdzenie, że polityka stała się domeną osób myślących nie w kategoriach Dobra Wspólnego, lecz w kategoriach biznesowych. Warto jednak nieustannie próbować definiować to zjawisko, aby kiedyś w końcu może uchwycić istotę problemu. Wszelkie działania polityków mają dziś charakter reklamowo-propagandowy, zaś motywacją tych działań jest biznesowa kalkulacja opłacalności. Kapitałem niekoniecznie jednak są pieniądze, a tzw. społeczne poparcie, które jak wiadomo jest dosyć emocjonalne i bardzo mobilne. Profesjonalizacja doradców idzie zatem w kierunku metod sterowania fluktuacją tych nastrojów w odpowiednią stronę. Jeśli na przykład sprowokujemy do przyjęcia przepisów, które wzbudzą społeczny protest, to nasi przeciwnicy najpierw polegną pod naporem ulicy, a następnie odwrócona ulica skieruje się być może do nas. Ale kombinacje operacyjne już dawno opuściły przedszkole i wraz z rozwojem wiedzy stają się - niczym bijące kolejne rekordy wysokości wieżowce - coraz bardziej piętrowe. Dzisiejsze protesty pozwolą odwrócić uwagę od przeprowadzenia znacznie poważniejszych zapisów, na które nikt nie zwróci uwagi. Protestującym rzuci się ofiarnego kozła, może nawet pozwoli na zmianę rządzącej formacji, by dać im ułudę własnej sprawczości oraz realności konstytucyjnego zapisu o tym, że władza należy do Narodu.

System społeczno-biznesowych naczyń połączonych działa sprawnie. Poparcie mierzone jest przez sondażownie, których warsztat pozwala na wyprodukowanie wyniku podkręconego w odpowiednią stronę, w sposób nie do podważenia przez niezależnych kontrolerów. Sondaże zamawiane i publikowane są w mediach, które teoretycznie są tubą dla tzw. opinii społecznej. Praca polityków z wyborcami ogranicza się zatem do utrzymywania przyjaznych stosunków z ludźmi mediów. Media, instytuty, sprofesjonalizowane partie polityczne – wszystko działa jak sprawnie zarządzane korporacje, od których tak naprawdę różnią się tylko nazwą . W tym pankorporacjonizmie nawet opinia publiczna, nawet uliczne protesty, są od dawna elementem systemu biznesowej walki o udziały w rynku.

W tej sytuacji nie tylko parlamenty, ale nawet uniwersytety przestały być miejscem intelektualnej debaty i filozoficznych poszukiwań definicji trafnie opisujących rzeczywistość. Prawda przestała mieć znaczenie nie dlatego, że jest dla mniej lub bardziej nieokreślonych sił niewygodna, tylko dlatego, że jeśli nie przynosi zysków to jest po prostu niepotrzebna! Jestem przekonany, że jeśli zabraknie naukowców badających dorobek Mickiewicza, jeśli przestaniemy robić badania archeologiczne na terenie infrastrukturalnych inwestycji, jeśli znikną prace magisterskie o filozoficznych koncepcjach Spinozy, to nie dlatego, że ktoś odgórnie zakaże upowszechniania niebezpiecznych idei, tylko dlatego, że wyniki tych badań nie będą w stanie przynieść natychmiastowych wymiernych korzyści.

Musze przyznać, że zaskoczył mnie tekst Piotra Zaremby. Ten jeden z nielicznych tak naprawdę autorów starających się docierać do sedna, potraktował rzeczywistość zgodnie z obowiązującymi obecnie standardami. Piotr Zaremba piętnując ekstremizm sam popadł w ekstremizm, używając standardowych chwytów oddalających czytelnika od sensu oraz istoty analizowanych spraw. Okazuje się bowiem, że większe znaczenie ma dziwność koalicji Warzechy i Żakowskiego niż treść ich tekstów. Sensowny tekst Jacka Żakowskiego nie został potraktowany, jak na to zasługuje, jako klasyczna próba legitymizacji manipulacyjnej publicystyki tego autora, lecz jako próbę przemycenia lewackich idei. Zastanawiam się w tym momencie czy publicystyka Fundacji Republikańskiej też jest kryptolewacka, bo traktuje o Rzeczach Wspólnych? Ta karygodna zbieżność opinii Warzechy z politrukiem Żakowskim jest chyba przyczyną sprowadzenia z kolei opinii Warzechy do absurdu zaleceniem, aby pisał „anonimowo swoje teksty. A co ważniejsze, niech nie żąda za nie w żadnej redakcji zapłaty. Bo z jakiego tytułu?”

Ani Żakowski nie jest sojusznikiem Warzechy, ani odwrotnie, tylko dlatego, że jest jakiś temat, o którym obaj maja podobne zdanie. Zgoda z akcentowaniem finansjalizacji rzeczywistości nie musi oznaczać wsparcia dla idei komunistycznych, podobnie jak brak zgody na ACTA nie musi oznaczać akceptacji krzyża w przestrzeni publicznej przez Krytykę Polityczną. Czy Wojciech Cejrowski przez swój tekst o zagrożeniu płynącym ze strony ACTA stał się sojusznikiem Krytyki Politycznej i reszty lewaków?

Trzeba zauważyć, że obecnie prawa autorskie zaczynają coraz bardziej służyć kneblowaniu kultury i wolności słowa. Jakiś czas temu furorę robił kolaż z audycji publicystycznych, w których Monika Olejnik w kilku programach ordynarnie kłamała swoim gościom, jakoby Marek Migalski uzależniał jakąś decyzje PiS od konwersyjnej decyzji Jerzego Buzka. Okazało się, że wypowiedź Migalskiego była kpiną z prowadzącego, który w klasyczny sposób sprowadzał inną sprawę do absurdu. Nie znajdziemy dzisiaj w sieci ani tego filmu, ani żadnej innej wersji podobnego zestawienia. Stacje telewizyjne skutecznie zablokowały dostęp obywateli do kompromitujących informacji, używając do tego właśnie prawa autorskiego.

Jeszcze popularniejsze w internecie były swego czasu satyryczne przeróbki jednego krótkiego fragmentu niemieckiego filmu pt. Upadek. Filmu, który jest kamieniem milowym na drodze do zdjęcia z Niemiec odpowiedzialności za wywołanie drugiej wojny światowej. Hitler jest w nim przedstawiony jako szaleniec, otoczony garstką innych psychopatów, którzy porządnych Niemców doprowadzili do nieszczęścia. René Pollesch, niemiecki reżyser teatralny uważany za lewaka, powiedział kiedyś w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że „Poczynając od filmu "Upadek" o Adolfie Hitlerze, historia w Niemczech jest pisana na nowo. Obawiam się, że Niemcy będą chcieli, by Polacy ich przeprosili za II wojnę światową. Jestem tym oburzony.” Czy przeróbki filmowego fragmentu odbierały mu widzów? Raczej napędzały, bo (nomen omen) rzesza widzów pragnących obejrzeć oryginał rosła. A może chodziło o coś innego? Może chodziło o zapobieżenie neutralizacji wymowy filmu poprzez sprowadzenie go do groteski? Znowu prawa autorskie zostały użyte do kneblowania swobody wypowiedzi zamiast do zabezpieczenia zysków.

Lawrence Lessig na swoim wykładzie w ramach TED w 2007 roku powiedział między innymi:

Po obu stronach barykady przybywa ekstremistów w odpowiedzi na konflikt pomiędzy prawem a użyciem technologii. Jedna strona tworzy technologie, jak ta ogłoszona niedawno, która pozwoli automatycznie usuwać ze stron takich jak YouTube wszystko, co zawiera treści chronione prawami autorskimi, bez względu na to, w jakim celu zostały użyte. A z drugiej strony wśród naszych dzieci narasta lekceważenie praw autorskich. Pokolenie, które neguje sensowność praw autorskich, odrzuca je i uważa, że prawo to osioł, którego należy ignorować i zwalczać przy każdej okazji. Ekstremizm z jednej strony prowadzi do ekstremizmu z drugiej (już dawno powinniśmy byli się tego nauczyć), a żadna ze stron nie ma racji. Ja domagam się równowagi i jak każdy dobry liberał zwracam się w tej sprawie do rządu. Pudło, prawda? [...] Nie ma dziś domeny publicznej, z której moglibyśmy czerpać, potrzebujemy więc dwóch zmian: po pierwsze, twórcy muszą zaakceptować ten pomysł i pozwolić, by ich dzieła były ogólnodostępne. Na przykład pod warunkiem, że wolno z nich korzystać w celach niekomercyjnych. Amatorskich, ale nie w komercyjnych. Po drugie firmy, które już wspierają kulturę odczytu i zapisu, muszą wykorzystać tę szansę, umożliwić rozwój ekologii wolnych treści na neutralnej platformie, gdzie mniej i bardziej wolne formy będą mogły konkurować ze sobą. A dzięki rodzącym się z tej konkurencji pomysłom obie strony mogą się wiele od siebie nauczyć.

Obecne manifestacje przeciwko ACTA niewątpliwie są przejawem znacznie głębszej gry operacyjnej na wielu różnych poziomach. Sposób relacjonowania protestów przez media, które w końcu zauważają kilkutysięczne demonstracje, choć wcześniej potrafiły przeoczyć kilkudziesięciotysięczne demonstracje niepodległościowe, nie wzbudza zaufania. Jednak nie potrafię znaleźć akceptacji dla doszukiwania się lewackości w każdej wspólnotowej idei, tylko dlatego, że podobne opinie akurat koniunkturalnie wypowiadają funkcjonariusze ośrodków postkomunistycznej propagandy. Zamiast przybliżać bowiem, oddala nas to od istoty niewątpliwie bardzo złożonych problemów.

Brak głosów