Dobrzy faszyści

Obrazek użytkownika Gadający Grzyb
Kraj

czyli o saloniarskich konserwatystach słów kilka.
I. Publicystyczne soft – porno w roli sprzączki figowej.

Którejś leniwej niedzieli, gdy w standartowym stanie średnio znudzonego Polaka, polegiwałem sobie na kanapie cykając od niechcenia pilotem po rodzimo - cudzoziemskich mediodajniach, natrafiłem na wykwit telepublicystycznej działalności redaktora Tomasza Wołka, pod nazwą „Plusy dodatnie, plusy ujemne”. Mniejsza z tym, co mówili zaproszeni goście – bo mówili to, czego można się spodziewać. Spójrzmy zresztą na przekrój dyskutantów: Wiesław Dębski – „Trybuna”, Jerzy Baczyński – „Polityka”, Maciej Łętowski – niezależny. Jak odgaduję zamysł gospodarza tych cyklicznych nasiadówek, zapewne Dębski robić ma za lewicę, Sroka - Baczyński za centrum (już jest fajnie), Maciej Łętowski zaś za tzw. „cywilizowaną prawicę”.
Fajnie jest tak leżeć sobie i nabijać się wewnętrznie z bandy konformistycznych bubków, którzy masturbują się nawzajem intelektualnie, „pięknie się różniąc”. Dokładnie tak, jak w filmikach soft – porno nadawanych nocną porą na antenie tej samej stacji - „bohaterowie” niby robią, co trzeba, ale bez efektu. Skąd to znam, zapytacie, (ach, ten retoryczny młot na prawicowców). Czy godzi się oglądać takie filmy – ależ godzi się, godzi – tylko należy z tej pseudopornograficznej „sztuki” wysnuć praktyczne wnioski – przywołując Mleczkę – „Obywatelu! Nie pieprz bez sensu !”.
Wspomnijmy dla porządku, że „plusoujemny” wałęsowski szlagwort po raz pierwszy wykorzystał Rafał Ziemkiewicz, używając go jako tytułu swej audycji w „Radiu Plus” ( nota bene w zupełnie innym kontekście – była to świetna próba przeszczepienia na polski grunt amerykańskiej konwencji talk radio; odkłamania absurdów zarówno nadwiślańskiej, jak i ogólnoświatowej political correctness ).
Tak, po prawdzie, gdy Wołkowe „Plusy…” wystartowały, śledziłem je przez jakiś czas w miarę regularnie. Czyniłem tak z czystej ciekawości, na zasadzie – a może jednak? Może będzie to kawałek w miarę rzetelnej publicystyki w zakłamanej mediorzeczywistości? Zresztą, w pierwszych odsłonach RAZ był honorowym gościem, dając tym samym placet gospodarzowi na dalsze dysponowanie cytatem. Wołkowi nie stało dowcipu by doszperać się w odmętach historii równie zgrabnego bonmociku, więc to, co wpadło mu w ręce skrzętnie zawłaszczył dla swoich potrzeb.
Sam Ziemkiewicz, po okresie karencji, przestał w wołkowym saloniku bywać, ku nieskrywanej uldze prowadzącego., który, wraz z kolejnymi odcinkami programu, nawet nie próbował ukryć fizjonomicznej irytacji, ilekroć Ziemkiewicz otwierał twarz i tworzył zbędny dysonans perorując wbrew saloniarskim dogmatom. Jak sądzę, rozstali się bez żalu.
Zaś stacja, której imienia nie powiem, by wypełnić obowiązki polityczno – oligarchiczno – ustawowe, trzyma wciąż na antenie program Wołka w charakterze sprzączki figowej, wypełniającej niezbędne minimum „misji” między durnymi serialami a pokazami gołych cycków.
II. Dobrzy faszyści.
Zdziwko.
„Ale, ale…” – jak bełkotał przy okazji swych ukraińskich wojaży nasz, szczęśliwie były, eksprezydent ze stakanem w ręku – po co w ogóle się nad tym całym Wołkiem rozwodzę?
Ano, po to, gdyż się dziwię. I, jak powiedziałby poeta, sam własnemu zdziwieniu nie mogę się nadziwić. Przykład Tomasza Wołka i opisywanego wyżej programu stanowi bowiem exemplum szerszego zjawiska, które określam mianem „saloniarskiego konserwatyzmu”. Każdorazowo, gdy widzę facjaty tego typu person naszego życia publicznego, bądź gdy czytam ich teksty, międlą mi się w głowie wciąż te same, upierdliwe pytania:
Co jest, do diaska, z ludźmi, którzy mienią się konserwatystami, a w praktyce robią to, co robią?
Co sprawia, że gotowi są zaprzedać siebie dla towarzystwa osób, w oczach których mogą liczyć, co najwyżej, na status „dobrego faszysty”?
Pieniądze? Eliciarskie pragnienie poczucia przynależności do „wyższych sfer”?
Widzę tu różne postaci – Tomasz Wołek, Piotr Wierzbicki (pierwszy redaktor naczelny „Gazety Polskiej”(sic!), toczący swego czasu ostre boje z salonowymi parnasiarzami), Aleksander Hall, Cezary Michalski (tu uwaga - ten ma własne ambicje…), Jarosław Gowin (choć ten ostatnio podpadł)…
Co nimi wszystkimi powoduje?
Demiurgiczne rojenia.


Z Michalskim sprawa jest stosunkowo prosta - zadziałał tu syndrom niezaspokojenia intelektualno - demiurgicznych ciągot a’la Michnik. Redaktor Cezary widzi „prawicę” idącą z duchem czasu (czyli odpowiednio „europejską” co do poglądów i praktyki), lecz z ambicjonalnych względów z Salonem mu nie po drodze – pragnąłby bowiem stworzyć własny ośrodek myśli i czynu, gdzie sam piastowałby funkcję „Michnika – oberparnasiarza”, czytaj, intelektualno-politycznej wyroczni. Po lewej stronie podobne ciągoty zdaje się zdradzać Sierakowski. Łączy ich jedno – nie po to tyle się nastudiowali i naczytali różnych mądrości, by teraz łykać, jak karmna gęś kluski, wskazówki podtykane im pod gęby przez autorytety i tkwić w szeregu, czekając na łaskawy awans towarzyski, podczas gdy miejsca w lożach parnasiarzy są zajęte od dawien dawna, role zaś rozdzielone. Salonowi parnasiarze cierpią bowiem na przypadłość analogiczną do znanego powiedzenia o sędziach Sądu Najwyższego USA – nigdy nie rezygnują, zaś umierają stanowczo zbyt rzadko. Michalski tworzy zatem własną alternatywę (co samo w sobie mogło by być intrygującym urozmaiceniem), nie dostrzegając jednak, iż jego propozycje prowadzą de facto do modelu prawicy w stylu współczesnej „Starej Europy”, gdzie nominalni chadecy są do tego stopnia sterroryzowani, iż gotowi są przegłosować cokolwiek – od gejowskich pseudomałżeństw po eutanazję.
Niemniej, Michalski, orząc na progresywistycznym poletku, czyni to, jakby tu rzec, ciut z osobna. Co z innymi?
Błędne kalkulacje.
Gryzę się i toczę wojnę z myślami – a może to jest tak, że niektórzy po prostu błędnie kalkulowali? Jak np. Wołek, wypuszczając niegdyś Jacka Łęskiego i Rafała Kasprówa na Kwacha. „Wakacje z agentem” walnie przyczyniły się do upadku „Życia”, w myśl oligarchicznej zasady: masz na pieńku z władzą – nie masz reklam, bo jak damy ci reklamy, to wtedy sami będziemy mieć z władzą na pieńku, a tego nie chcemy, bo szkodzi to naszym interesom. Wołek – notoryczny wałęsiarz - wtedy przedobrzył. Z czasem skruszał, zwłaszcza po nietrafionej próbie reanimacji swej gazety. A że w słowach jest gładki, jak nie przymierzając, Helenka Kurcewiczówna przed orgią dziewiczych tortur, zafundowanych jej przez Sienkiewicza, to rychło na fali antykaczystowskiej histerii przystosował się do odpowiednich nurtów. Teraz Salon na nowo „odkrył” Wałęsę… i Wołek na tym odcinku znakomicie się znalazł, tym bardziej, że na każdym kroku demonstruje właściwą odrazę w stosunku do lustracji. Dodajmy do tego kasę za figuranckie stanowisko w stacji… której imienia konsekwentnie nie powiem…
Czy tylko mnie chce się od tego rzygać?
Wypalenie, syndrom niedopieszczenia i głód akceptacji.

No, dobrze, ale kasa to tylko kasa – nie zaspokaja ona wszystkich potrzeb duchowych konserwatysty pretendującego do Salonu.
Jest jeszcze zwyczajne, ludzkie wypalenie i pragnienie spokojnej emerytury, stabilizacji po latach bezowocnego użerania się z komuną i post – komuną. Jak długo można znosić rolę wiecznego opozycjonisty, który w wolnej Polsce otoczony jest pogardą i zbiera cięgi nie tylko od postkomunistów (to naturalne), lecz również od swoich, całkiem niedawnych, towarzyszy broni? Jak długo można znosić chorobę chronicznego ostracyzmu zafundowanego przez tych, z którymi, całkiem niedawno przecież, „ramię w ramię”…itd.…itp.…
Czy to syndrom niedopieszczenia, czy wyrachowanie, czy też pomieszanie powyższych składników skłoniło starszych „walczaków” do zejścia na pozycje maskotek kontentujących się np. fuchą recenzenta muzyki poważnej? Może też było coś na rzeczy w kolejnych nie spełnionych miłościach – taki Piotr Wierzbicki (autor m. in. niezapomnianej satyry „Podręcznik Europejczyka”, czy „Traktatu o gnidach”), zakochiwał się kolejno w Wałęsie, ROP-ie i Olszewskim… potem były jeszcze jakieś kolejne przelotne miłostki (obserwowałem to z perspektywy czytelnika „Gazety Polskiej”)… zaś na koniec „dał se siana” stwierdzając, że zawsze czuł się „warszawskim inteligentem” – i – zapewne zdając sobie doskonale sprawę z tego, iż obecna „warszawka” ma się do przedwojennej inteligencji jak pięść do nosa, zgodził się na „wybiórczy” ersatz, byle by poczuć się choć na chwilę „między swemi”. Zyskać poczucie środowiskowej akceptacji.
Tyczy się to również innych saloniarskich konserwatystów.
Jakoś mi szkoda pastwić się tu szczególnie nad Aleksandrem Hallem, którego kolejne inicjatywy polityczne, kończyły się sromotnymi klapami (Partia Konserwatywna, Stronnictwo Konserwatywno – Ludowe) przyprawiając na poziomie lokalnym, uczciwych samorządowych pozytywistów o permanentny ból głowy (nie wiem, jak było gdzie indziej, ale w mojej miejscowości w latach 90-tych sympatykami Halla byli naprawdę wartościowi ludzie – przeważnie nauczyciele z powołania – wyzbyci rutyniarskiego belferstwa społecznicy, którym „chciało się chcieć”). A potem, Hall, który (chyba?) miał nadzieję na stworzenie prawicy „pięknie różniącej się” od udecji, sam został przez nią pożarty, znikając z politycznego horyzontu zaraz po przegranych wyborach w 2001 r., w których startował z ramienia PO. Wszechmocna wówczas „Agora” (przypomnę, były to czasy sprzed afery Rywina), w tak zwanym międzyczasie, użyczała mu swych łamów jako felietoniście. No i cóż, komplementowano go jako „Don Kichota polskiej prawicy”, wydano mu książkę ze zbiorem felietonów „Widziane z prawej strony”…zaś potem, jakoś tak, po cichu, wypadł z obiegu.
Do obecnego obiegu wróciła jego żona w charakterze „ministerki” od edukacji. Tu już nie ma nawet pozorów konserwatyzmu.
Dom, cichy kąt… i psy.
Śmiem twierdzić, ze w przypadku większości z saloniarskich konserwatystów mamy do czynienia, w różnych proporcjach, z wypadkową opisanych wyżej przyczyn, które kumulując się latami sprawiły, że bohaterowie niniejszego tekstu postanowili znaleźć jak śpiewał „Dżem” „…dom, cichy kąt i psa”.
I, faktycznie, znaleźli Dom – tyle, że w Domu tym jest Salon. A w Salonie reguły życia i hierarchię ustalają parnasiarze. „Dobrzy faszyści” dostali – jak z łaski – cichy kąt. Lecz psa nie dostali. Sami stali się psami.
I Salon odpowiednio ich traktuje – to skarci, to pogłaszcze…
Mózg mi wylatuje spod czupryny, gdy o tym myślę.
III. Łaska pańska… pstry koń… i PAX na salonach.
I po co to wszystko? Jeszcze raz pytam: po kiego ch…a im to było?
Status „dobrego faszysty” można wszak stracić z łatwością odwrotnie proporcjonalną do trudu włożonego w jego osiągnięcie.
Przekonał się o tym ostatnio choćby Jarosław Gowin, który był tolerowany ze względu na przynależność do partii, z którą „GW” aktualnie sympatyzuje. Gdy tylko przedstawił odmienne zdanie w kwestii „in vitro”, ten skądinąd umiarkowany, łagodny konserwatysta z miejsca zaczął robić w „Wyborczej” za fundamentalistycznego, religijnego radykała, pryncypialnie obsobaczanego zarówno z pozycji fachowo – profesorskich, jak i ideologiczno – kulturowych.
Inni są ostrożniejsi. Mądrzejsi. Tak się bowiem dziwnie składa, iż deklarując przywiązanie do konserwatywnych wartości, interpretują je w taki sposób, by nie naruszyć przepisów etykiety, czytaj – tak, by efekt końcowy tej dwójmyśleniowej dedukcji był zgodny z aktualną linią wiodącego organu. Wymaga to wprawdzie nielichej ekwilibrystyki umysłowej, jednak ich cyrkowe intelekty z wprawą wyćwiczonego akrobaty są w stanie tej sztuce sprostać.
Ciekaw jestem, czy zdają sobie sprawę z tego, że w oczach salonowych parnasiarzy pełnią rolę prawicowych „użytecznych idiotów”, że stanowią jedynie dopełnienie obrazka środowiska „ludzi rozumnych”, alibi dla prób intelektualnego zawłaszczenia przestrzeni publicznej. Innymi słowy, są dla Salonu tym samym, czym był PAX, tudzież „księża – patrioci” dla PZPR-u. Dzięki nim bowiem parnasiarze mogą głosić z właściwym sobie bezwstydem, iż „rozsądna prawica” podziela ich wyważone przekonania, co najwyżej nieco inaczej rozkładając akcenty, zaś „środowisko” obejmuje całe spektrum akceptowalnych poglądów. Wszystko, co poza nimi „od diabła pochodzi” - ma na wieki wieków pozostać fanatyczną, oszalałą ekstremą z pochodniami w faszystowskich dłoniach.
IV. Zakończenie, czyli księża i rabini.
Kończąc te przydługie refleksje chciałbym przypomnieć stary szmonces o tym, jak ksiądz starał się nawrócić rabina. Po dłuższym czasie z pomieszczenia w którym toczyła się dysputa, wychodzi spocony, czerwony na twarzy rabin i zgromadzonej w korytarzu publiczności rzuca: „uff… trochę to trwało, ale w końcu udało mi się go przekonać”. Jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że analizowani powyżej „dobrzy faszyści” znaleźli się w sytuacji owego księdza nawróconego na judaizm. Z jednym zastrzeżeniem – oni nawet nie próbowali „rabinów” nawracać.
I chyba nie jest im nawet specjalnie głupio.
Gadający Grzyb
P.S. Sprawozdanie z Wołkowych „Plusów” zapodane w cz. I nie dotyczy ostatniej niedzieli. Nie wiem, nie oglądałem – i jakoś dziwnie nie jestem ciekaw…

Brak głosów