Iwiński - Urban, różne słowa to samo kłamstwo

Obrazek użytkownika foros
Kraj

Dlaczego historia jest ważna dla polityków? Ponieważ, wskazuje dobro i zło. Naszych i innych przyjaciół i wrogów. Elektorat zaś z natury opowiada się za dobrem, naszymi i przyjaciółmi przeciw złu i wrogom.
Ciekawy przykład takiej walki mogliśmy zaobserwować na dniach.
Zaczęło się od sprawy uchwały czczącej śmierć Grzegorza Przemyka. Sojusz SLD z wierchuszką PO zadecydował, że przemilczenie sprawy odpowiedzialności władz centralnych za tę śmierć. W związku z, najprawdopodobniej, walkami frakcyjnymi, których celem było przeczołganie Millera sprawa stała się bardzo głośna właśnie w kręgach salonowych. Głośna na tyle, że głos w sprawie zabrał sam były naczelny ministerstwa prawdy Jerzy Urban. Wypowiedż Urbana zamknęła w tych kręgach sprawę Przemyka. Jednakże mleko się rozlało. Wiele nieświadomych, lemmingowskich duch dowiedziało się, że dziś światli, cywilizowani, europejscy czerwoni to wczorajsi mordercy i kaci. Trudno zaś bez absmaku stawiać sobie za wzorce torturujących i zabijających dzieci. Czy choćby kryjących te zabójstwa. Może pojawić się potrzeba szukania innych autorytetów.
W związku z tym błyskawicznie pojawiła się kontra: kłótnia Wałęsy z Borusewiczem i Krzywonos o to kto jest agentem i kto jest większym nieudacznikiem. Jakże tu nie przyklasnąć technicznej sprawności władcom megafonów?

Przy okazji warto przyjrzeć się też wypowiedzi Urbana. Bo choć wypowiedział on słowa kompletnie różne od słów Iwińskiego (kłamaliśmy w sprawie Przemyka), to ich istota pozostawała ta sama: naczelne władze PRL nie były odpowiedzialne za ten mord.
Urban owszem przyznaje, że władze tuszowały sprawę śmierci Przemyka, ale było to efektem "kłamstwa" opozycji, że władza zabija dzieci opozycjonistów.
Kolejna kwestia: Urban twierdził, że nie są mu znane przypadki by władze PRL dopuszczały się mordów politycznych. Te które miały miejsce to, jego zdaniem, skutek działania sił zewnętrznych lub jakiejś grupy wewnętrznej.
Trzeci najczęściej powtarzany motyw to ten, że każdej władzy zdarza się zabić obywatela.
Czwarty, że oprócz Przemyka i jego rodziny nikt w tej sprawie nie poniósł wielkich szkód.

Wszystkie te urbanowskie enuncjacje to kłamstwa.

Mit pierwszy: każdej władzy to się zdarza. Owszem, bardzo wielu, wiele razy takie sprawy są tuszowane. Państwa demokratyczne nie tworza jednak bezkarnych bojówek w mundurach, które terrorem i  sadyzmem wymuszają posłuch u obywateli. Tak właśnie postąpiła peerelowska dyktatura (komisja Rokity udokumentowała 20 zgonów opozycjonistów w wyniku pobicia przez funkcjonariuszy władzy) i to ją różni choćby od współczesnej Polski, w której również zdarza się, że policjant zabije obywatela. Stąd też odpowiedzialność władz PRL za te mordy polityczne. Tak bowiem,w moim przekonaniu, traktować należy sprawę zabicia Przemyka.

Mit drugi: Władze PRL nie popełniały mordów politycznych. Bardzo silna musi być w ministerstwie prawdy wiara w ludzką głupotę. Wdać jednak, że im głupsze kłamstwo, tym łatwiej w nie uwierzyć: Bo zapewne znajdą się zastępy takich,  którzy uważają, że jeśli giną przeciwnicy władzy dyktatorskiej, jeśli władza dyktatorska te mordy tuszuje nie szukając sprawców to  nie są one jej dziełem.

Mit trzeci: Oprócz Przemyka i jego rodziny nikt w tej sprawie nie poniósł wielkich szkód. Czy kilka miesięcy w więzieniu i zszargana opinia sanitariuszy to niewielkie czy wielkie szkody? Czy rok więzienia dla lekarki za wymyśloną kradzież, po to, by uwiarygodnić "przestępstwa" sanitariuszy to dużo czy mało? Kłopoty w szkole dla tych, którzy nie bali się pamiętać o morderstwie kolegi (np wyłamanie palców Cejrowskiemu). Czy nie zdarzyło się tak, że po takim szlachetnym odruchu, młoda osoba dostała czarną kartę do kartoteki i nie osiągnęła tyle ile mogła? Nigdy się tego nie dowiemy.

Mit czwarty. Władze stanu wojennego nie mordowały bliskich opozycjonistów. W roku 2005 IPN prowadził śledztwo w sprawie peerelowskiego komanda śmierci z okresu stanu wojennego. Oprócz części osób wymienionych przez komisję Rokity (ta zajmowała się zbrodniami okresu stanu wojennego) jako ofiary speckomanda wskazywano: matkę Krzysztofa Piesiewicza (Piesiewicz był oskarżycielem posiłkowym w sprawie zabójstwa Popiełuszki, jego matkę zamordowano w ten sam sposób jak księdza Jerzego). Małgorzata Grabińska, żona biznesmena miała nieszczęście nazywać się tak samo jak synowa znanego adwokata - opozycjonisty. Ich miejsce zamieszkania dzieliły 3 przecznice. Grabińska zabita została identycznie jak ofiara z tłumaczonej przez nią książki. (http://edu.newsweek.pl/artykuly/artykul.asp?Artykul=211)

Bitwa o pamięć trwa i będzie trwać. Bo walka o pamięć to walka o prawdę, a z nią o polityczną legitymację do sprawowania władzy. Jej najważniejszym polem jest kultura masowa, dom i, częściowo, szkoła.
Przy okazji zaś, czy nie zastanawia, że oprócz tych, nagłośnionych przez opozycję demokratyczną, do masowej pamięci Polaków nie dotarła żadna zbrodnia PRL?

Brak głosów